Kuliłam się za pokaźnej wielkości, żelazną skrzynią, starając się być tak cicho jak to możliwe.
Rozmowa, dwóch, już znanych mi z imienia mężczyzn, trwała w najlepsze i z minuty na minutę, coraz mniej mi się podobała.
-Słyszałeś Pablo? Podobno złapali kogoś. - Człowiek numer jeden wtrącił niezwykle podekscytowanym głosem. Miał na imię Rico a na nogach miał jedne z najdroższych butów, stylowej marki. Ponownie, jego buty, były wszystkim co znajdywało się w zasięgu mojego wzroku.
-Serio? - Pan Pablo, w o wiele mniej kosztownym obuwiu nie sprawiał wrażenie zbyt inteligentnego. Głównie przez jego ociężały chód, wodzący na myśl słonia i niezwykle wręcz flegmatyczny ton głosu. W myślach zaszufladkowałam go jako wielkiego, powolnego osiłka którego jedynym atutem w walce jest nieprzeciętna masa ciała.
-No. - Zaczął Rico i zrobił przerwę by zaciągnąć się papierosem. Uderzyła mnie nagle pospolitość tej scenki. Ot, zwyczajnie dwoje kupli ucina sobie pogawędkę w czasie pracy. Jeden stoi oparty o metalowy kontener a drugi przystępuje z nogi na nogę z papierosem w ręce. Z tym że ci dwaj stali w mrocznym tunelu, kilka metrów pod ziemią, każdy z nich, miał w kieszeni lśniący w nikłym świetle, rewolwer i rozmawiali o kolejnym z rzędu facecie, przechwyconym przez włoską mafię.
Rico rzucił na podłogę niedopałek po czym zdeptał go butem. Rozległ się brzdęk i nikłe światło rozlało się po skrytym w półmroku korytarzu. Rico zapalił kolejnego papierosa.
-Gość wygląda jak klaun z tą kolorową twarzą. Podobno – Tu zniżył ton do konspiracyjnego szeptu – Mieli jeszcze, jedną wiedźmę ze sobą. Zwiała im gdy płynęli gondolą. - Przed oczami stanął mi obraz osłabionego blondyna z nieobecnym spojrzeniem który jeszcze pół godziny temu siedział obok mnie w niewielkiej, drewnianej łódce. Gabriel! - Teraz nie mają wątpliwości, że była wiedźmą. Tylko poczekaj aż księżyc wzejdzie, a z gościa wyciągną wszystko.
O mój boże – pomyślałam i poczułam że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Już wiedziałam czym zajmowali się ci mafiozi. Polowanie na czarownice, i to w dwudziestym pierwszym wieku! Nie sądziłam że coś takiego, jeszcze jest możliwe. Choć, wyjaśniało to przynajmniej skrzynie wypchaną artefaktami religijnymi zaraz obok pudła z bronią. Biedny Gabriel. Trafił w sam środek tego bagna i to po części... no dobra, praktycznie wyłącznie z mojej winy. Nie dość że osłabiłam go moim nieudolnym eliksirem, o bóg wie, jakich skutkach ubocznych, to jeszcze znikając nagle z gondoli jasno zakomunikowałam im, kim jesteśmy. Równie dobrze mogłabym im jeszcze opakować go w papier ozdobny a na czubku głowy przyczepić wielką, czerwoną kokardę.
Tylko spokojnie. - Nakazałam sobie twardo po czym pocieszyłam się myślą, że przecież ktoś tak potężny jak on, bez trudy zwieje bandzie fanatycznych głupców. Właśnie. Nie ma powodów do paniki.
-Powiedz mi Rico. Jak oni wymuszają z nich przyznanie się do czarnoksięstwa?
-Odwiązują mu ręce i stawiają na płonącym stosie. Jeśli jest czarodziejem, ugasi płomienie – Przełknęłam ślinę. A jeśli nie?
Dwoje gangsterów odeszło zostawiając mnie sam na sam z własnym przerażeniem.
Owszem, gdy tu przyszłam, wiedziałam że przyjdzie mi ratować jakąś obcą nieznaną mi osobę. Pamiętałam dokładnie uśmiechającą się z ulgą zjawę gdy przeciskałam się przez to malutkie okienko, zupełnie nie świadoma w co się pakuję.
Byłam święcie przekonana że przyjdzie mi ratować jakiegoś przygniecionego przez rupiecie, elektryka, lub kogoś w tym guście, aż do momentu gdy opierając się o jedną ze skrzyń, niechcący dojrzałam, co znajdowało się w jej wnętrzu. Broń, pełno broni najróżniejszej maści, od karabinów po proste rewolwery mieszczące się w kieszeni spodni. Każdy z tych pistoletów był zabójczy, każdy najmniejszy ruch spustu, małej niepozornej części, mógł przesądzić o czyimś życiu. Druga skrzynia skrywała coś, jeszcze bardziej zaskakującego od tamtej kupy śmiercionośnego żelastwa, a mianowicie, wypełniona po brzegi była najróżniejszymi krzyżami, krucyfiksami i innymi atrybutami chrześcijaństwa.
Obserwowałam tą stertę z dużym zainteresowaniem. Wbrew ludzkim opowieścią wcale nie wypaliło mi oczu ani nie stanęłam w żywym ogniu. Choć byłam zdziwiona, i to bardzo. Tak zdziwiona że nawet nie usłyszałam w pierwszej chwili odgłosu szurania butów na korytarzu, aż do momentu gdy zaalarmował mnie dźwięk przekręcania klucza w zamku. „Co robić? Co robić?” myślałam gorączkowo, sparaliżowana grozą sytuacji, dosłownie w ostatnim momencie, wpełzłam pod jedną ze skrzyń. Była zbyt ciężka by jedna osoba przyszła ją własnoręcznie zabrać, i to była moja szansa, gdyby jednak przyszły dwie osoby, cóż, to byłby koniec. Nie pożyłabym na tyle długo by pożałować momentu w którym wybrałam sobie tak niefortunną kryjówkę. Owszem, ludzi było dwóch, doskonale widziałam dwie pary butów, z czego jedna była jak najbardziej ekskluzywnej marki. Zacisnęłam oczy ze strachu, ale gdzieś głęboko w mojej głowie wręcz rozbawiona byłam myślą że ostatnią rzeczą jaką dane mi będzie zobaczyć w życiu, będą drogie w diabły buty od garnituru. Skąd pomysł że umrę? - spytałam się nieśmiało, w ostatnim przebłysku nadziei. Płonnej nadziei, no bo jaki przykładny obywatel trzyma w piwnicy skrzynie pełną broni? Lecz oni nie przyszli tu po skrzynie. Zarejestrowałam to gdy odważyłam się uchylić powieki, zastanawiając się niepewnie czemu tak długo to trwa. Nadal byłam bezpiecznie skryta w cieniu i miałam, jedną krótką chwilkę by poczuć ulgę, gdy zaraz potem na wprost moich oczu, po ziemi przesunęły się mozolnie pokrwawione zwłoki, z dobrze znaną mi, choć zbryzganą krwią twarzą. Szare oczy Silvii wpatrywały się we mnie beznamiętnie, ślepo utkwione przed siebie, i nie było w nich ani śladu życia. Poczułam że widok ten prześladować mnie będzie do końca moich dni. Żałowałam jak nie wiem, że nie zostawiłam swoich powiek zaciśniętych.
A teraz siedziałam tu, za inną skrzynią do której nawet bałam się zajrzeć by przypadkiem nie odkryć czegoś o niebo gorszego, i po prostu nie wiedziałam co robić. Tu nie było elektryka w potrzebie, tu było dwoje ludzi których musiałam ratować z rąk uzbrojonych pomyleńców. Kto to widział by w dwudziestym pierwszym wieku palić czarownice na stosie? A na tym stosie niedługo stanąć miał Gabriel, i to przeze mnie. Zamknęłam oczy by się trochę uspokoić i przypomniałam sobie urywek z rozmowy dwóch gangsterów „Tylko poczekaj aż księżyc wzejdzie, a z gościa wyciągną wszystko.” to dawało mi pewną nadzieję, że mój mentor jeszcze nie spłonął, i wciąż jest gdzieś w pobliżu. Wszystko co musiałam zrobić to skoncentrować się i pójść za jego aurą, a wtedy na pewno go znajdę. Tak, właśnie, na pewno go znajdę i się wymkniemy. Wszytko wróci do normy.
Z tą myślą wzięłam głęboki oddech i poderwałam się z ziemi. To nie był czas na załamywanie się, nie mogłam teraz podupadać na duchu, nie w takiej sytuacji. Zaparłam się całą siłą swojej woli i zrobiłam kilka niepewnych kroków tym ciemnym jak diabli korytarzem. Tylko kilka świeczek gdzieniegdzie dawało odrobinę światła.
Zadbali o szczegóły – przeszło mi przez myśl po czym zamknęłam oczy i stanęłam w bezruchu. Nigdy nie próbowałam szukać nikogo w taki sposób, i szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać. Powoli wyciszyłam umysł i starałam się sobie wyobrazić jak moja dusza odchodzi od ciała i wzlatuje na kilka metrów wzwyż, mocno się przy tym koncentrując by wyczuć choć odrobinę tego „prądu” jaki promieniował z aury Gabriela. Nic. Czyżbym właśnie odkryła, kolejną dziedzinę z jakiej byłam antytalentem? Zrezygnowana porzuciłam wszelkie próby i wręcz zgarbiłam się ze wstydu.
Jak to jest że nic mi nigdy nie wychodzi? - Chciałam krzyczeć, lecz wtedy doszedł do mnie cichy szmer i obijający się echem szczęk kajdan. Logika podpowiadała mi że powinnam spróbować zlokalizować jego źródło, jednak instynkt nakazywał mi sądzić, iż była to pułapka. Do diabła z instynktem – pomyślałam zdesperowana. Nie miałam specjalnego wyboru.
Z każdym krokiem czułam coraz mocniejsze wyładowania elektrostatyczne i coraz mocniej czułam moc, której zaledwie kilkanaście metrów dalej nie byłam w stanie wyczuć. Gabriel przywoływał mnie robiąc hałas. Cóż... to też jakiś sposób. Mój był nieco bardziej ambitny.
Niebawem stanęłam przed obitymi w skórę drzwiami, i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że zdecydowanie idzie mi za łatwo. Niestety. O jakieś pół sekundy za późno.
* * *
-Mam cię – Wychrypiał dobrze mi już znany głos i poczułam zimno metalu zaraz przy mojej skroni. A więc pułapka. To koniec. Jednak mimo to gdy obróciłam się w stronę Rico, na mojej twarzy malowała się czysta wściekłość.
Rico który okazał się być ubranym w garnitur, rosłym osobnikiem w średnim wieku, siłą wepchnął mnie do pomieszczenia. Padłam tuz przed czyjąś zgiętą w pół sylwetką, a uderzenie głową o podłogę sprawiło że zobaczyłam wszystkie gwiazdy, nim ponownie uniosłam wzrok, spodziewając się ujrzeć Gabriela. To nie był Gabriel. Przykuty do ściany mężczyzna był wysokim brunetem o bladej jak papier skórze i zielonych oczach. To czego nikt mi nie powiedział, a co zdecydowanie powinnam była wiedzieć to to że Luis nie był człowiekiem. On był czarodziejem.
* * *
Oniemiała gapiłam się na niego przez jakieś pół minuty z szeroko otwartymi ustami po czym moją uwagę na nowo przykuł Rico. Mój dobry znajomy, Rico, zaśmiewał się do łez chwiejąc się w swoich drogich butach. Może i mierzył do mnie z rewolweru, lecz widocznie nie uważał mnie za godnego siebie przeciwnika, bo i nawet nie pofatygował się by związać mi ręce. Oj wiedziałam, ze tego pożałuje, ale jeszcze nie teraz. Teraz musiałam skupić się na wydobyciu z niego jakiś informacji.
-Na prawdę myślałaś że uda ci się mnie przechytrzyć mała? - Zastanowiłam się czy facet w ogóle zdaje sobie sprawę z tego że ma przed sobą wiedźmę. Tylko poczekajcie, a zupełnie jak na filmach pochwali mi się wszystkim włącznie z lokalizacją tego budynku i rozkładem pomieszczeń.
-Gdzie moja siostra?! - Zaryzykowałam. A nuż się uda? Na pewno przykuta do ściany nic nie zdziałam, potrzebowałam obydwu rąk wolnych by czarować, jednak jeśli nie dam po sobie poznać kim jestem, facet nie będzie się niczego spodziewał. Ani się obejrzy a skończy jako robak. Już ja mogłam mu to obiecać.
-Ta mała dziwka? - Aż zatrzęsłam się ze złości bo znów przed oczami stanął mi obraz jej ciała, co miało ten cudowny skutek uboczny, że Rico naprawdę wydawał się uwierzyć w odgrywaną przeze mnie rolę. - Wparowała tu próbując ratować swojego kochasia. Teraz leży w piachu i wkrótce do niej dołączysz.
Siedzący za mną Luis, poruszył się niespokojnie ale nie odezwał się nawet słowem. Szybko zastanowiłam się w myślach, nad najbardziej trafną i realistycznie wyglądającą w tej sytuacji reakcją, po czym zaniosłam się szlochem. Czym prędzej schowałam twarz w dłoniach by ukryć fakt iż moje oczy i policzki były absolutnie suche.
Przez palce widziałam jak Rico uśmiecha się perfidnie. Co za szuja. Lecz przynajmniej miałam pewność że odniosłam sukces. Gość miał mnie za całkowicie nieszkodliwą.
-Kim wy w ogóle jesteście co? Mordercy! - Wykrzyczałam. Pan Mafiozo widocznie połknął haczyk bo z ohydną wyższością wypisaną na twarzy, otworzył usta by odpowiedzieć.
-Jesteśmy łowcami czarownic złotko, nawracamy ten świat na właściwą ścieżkę – Jasne. Pomyślałam. Jezus Chrystus z karabinem na ramieniu. - Twoja siostrzyczka miała ręce splamione czarną magią, teraz ma to na co sobie zasłużyła.
Aż się we mnie zagotowało, lecz wróciłam do udawanego płaczu. Ludzie byli okropnie przewidywalni, nawet nie zauważali gdy powielali widziany setki razy na filmach akcji schemat, gdy morderca, zaraz przed zabiciem ofiary, odpowiada na wszystkie jej pytania, przeświadczony iż nie pożyje ona na tyle długo by komukolwiek wyjawić jego sekrety. Dureń. Teraz tylko musiałam wybrać jakieś trafne, w miarę dyskretne pytanie, które nakierowałoby Rico na interesujący mnie temat.
-Czarownice nie istnieją schizofreniku! I co? Może jeszcze mi powiesz że jakiegoś złapaliście? - Powiedziałam trąc sobie oczy, i usiłując przypomnieć najsmutniejszą rzecz w całym moim życiu, by prawdziwe łzy, w końcu z nich wypłynęły. Rico, zgodnie z moimi oczekiwaniami uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nie potrzebował wiele czasu by rozwiązał mu się język.
-A żebyś wiedziała że mamy. Ten gość za tobą niedługo spłonie na stosie, razem ze swoim kumplem który siedzi teraz w pokoju przesłuchań. Ale wiesz co? - Zapytał złowrogo, mącąc nieco moją wewnętrzną radość, spowodowano tym że wiem mniej więcej, gdzie szukać Gabriela. Wiedziałam że to co teraz powie nie będzie wesołe. Nie pomyliłam się. – Czas to zakończyć.
Zadrżałam mimowolnie gdy uniósł lufę pistoletu na wysokość mojego czoła.
Teraz albo nigdy.
Rozległ się huk po czym Rico zniknął mi z oczu.
* * *
Tam gdzie uprzednio stał, znajdował się teraz stos ubrań. Po chwili spod nich wyłoniła się obrzydliwa, brązowa ropucha i zarechotała głośno.
-Masz rację. Czas najwyższy to zakończyć. - Oświadczyłam bardziej do siebie niż do niego i zwróciłam się w stronę Luisa. Jego lśniące, zielone oczy teraz wpatrywały się we mnie z czystym niedowierzaniem. Czyżbym była aż tak dobrą aktorką? - Spytałam siebie, lecz on szybko się otrząsnął, i na powrót przybrał typową dla siebie, lekceważącą minę.
-Uwolnisz mnie wreszcie? - Spytał zrzędliwie. Posłałam mu zirytowane spojrzenie. Owszem, zamierzałam go uwolnić, niemniej jednak absolutnie nie spodobał mi się jego obcesowy ton głosu.
Przez chwilę nawet miałam ochotę, zostawić go w diabły i pójść szukać Gabriela, jednak po głębszym zastanowieniu się, stwierdziłam że nie mam już trzech lat więc nie powinnam zachowywać się jak rozwydrzony bachor. Westchnęłam przeciągle.
-Gdzie są klucze?
* * *
-Więc nazywasz się Morgan? - Skinęłam głową, zniecierpliwiona. Mimo zaklęcia jakie na nas rzuciłam, nadal bałam się okropnie że gadanina mojego towarzysza sprowadzi nam kolejnych gangsterów na kark. Zaklęcie „Nie słyszysz mnie” czasem bardzo się przydaje. - Trafiłaś tu za sprawą ducha mojej dziewczyny, - Widocznie zasmucił się na wspomnienie Silvii, więc grzecznie pokiwałam głową - I jesteś – Tu pozwolił sobie na złośliwy uśmieszek – Czarownicą? - Niemal zachichotał, jednak widząc moje jak najbardziej poważne spojrzenie, natychmiast się opanował. - Więc czarodzieje istnieją? Jak w Harrym Potterze?
Rzuciłam mu pełne ironii spojrzenie.
-Nie tylko istnieją. Ty jesteś czarodziejem. - Jego uwagę na Temat Harry`ego Pottera puściłam mimo uszu. Spodziewałam się kolejnego wybuchu wesołości, jednak on popatrzył na mnie nieco niepewnie po czym, całkiem pozytywnie zresztą, mnie zaskoczył.
-Naprawdę?
-Naprawdę. - Odparłam i ku mojemu zdziwieniu, facet odsłonił zęby w olśniewająco białym uśmiechu. Jego reakcja była, delikatnie mówiąc dość dziwna...
-Fajowsko. To teraz będę mógł podpalać papierosy bez użycia zapalniczki!
Zmierzyłam go uważnym wzrokiem po czym prychnęłam.
-Najpierw będziesz musiał znaleźć sobie mentora, a to wcale nie jest takie proste. - Postraszyłam, lecz wydawał się sobie nic z tego nie robić. To co usłyszałam w odpowiedzi zaskoczyło mnie możliwie jeszcze bardziej niż uwaga o papierosach.
-Czemu ty nie zostaniesz moim mentorem? - Aż przystanęłam z wrażenia. Luis znał mnie zaledwie od jakiś piętnastu minut a proponował mi wzięcie za niego całkowitej odpowiedzialności! Wzięłam kilka wolnych oddechów po czym potrząsnęłam głową i odpowiedziałam, starając się uważnie dobierać słowa.
-Mentorami, zostają bardzo potężni magowie.
-Ale przecież sam widziałem jak zmieniłaś tamtego gościa w żabę! To było ekstra! - W oczach miał tak czysty, wręcz dziecięcy podziw że nie mogłam się nie uśmiechnąć. Lecz zaraz potem oklapłam.
-To nie jest takie proste – Ucięłam i postanowiłam wrócić do mojego pierwotnego, i najważniejszego zarazem zadania. - Posłuchaj. Musimy znaleźć tutaj kogoś. Ta banda kretynów – Tu chłopak rzucił mi dziwne spojrzenie, lecz niezrażona tym kontynuowałam. - Złapała mojego mentora. Musimy go znaleźć nim urządzą sobie z niego podpałkę.
Chłopak przypatrywał mi się chwilę w milczeniu po czym uśmiechnął się zgryźliwie.
-”Banda kretynów”, „schizofrenik”, raany, czy ty nigdy nie przeklinasz? - Stanęłam jak wryta. Gość prezentował, najbardziej luźne podejście do problemu, z jakim kiedykolwiek przyszło mi się spotkać. Przez chwilę nawet zastanawiałam się czy nie ma czegoś z głową, bo zdawał się w ogóle nie odczuwać strachu. W samym środku zdarzeń które nawet mnie przyprawiały o gęsią skórkę, on ewidentnie martwił się kulturą używanego przeze mnie języka. Choć może to i lepiej, nie potrzeba mi było drugiego panikarza.
-Nie. Nie przeklinam. - Odparłam tylko i przyjrzałam mu się tak, jakbym widziała go dopiero po raz pierwszy
Na oko miał on najwyżej dwadzieścia lat... Właściwie to wyglądał jakby zaledwie tydzień temu odebrał świadectwo ukończenia szkoły licealnej. Promieniowała od niego moc, więc byłam ogromnie zaskoczona że nie wiedział nic o magii. Wydawał się być piekielnie zabawny i sympatyczny. To źle. W naszej obecnej sytuacji liczyła się rozwaga i przebiegłość, a on wyglądał jakby jego najbardziej przebiegłym planem było „Wszyscy razem, na trzy cztery”.
Widocznie jednak go nie doceniałam bo w mgnieniu oka przybrał poważny wyraz twarzy i teraz ze swoją niewzruszoną postawą, wydawał się być o wiele, wiele starszy.
Pochwycił moje uważne spojrzenie i uśmiechnął się zawadiacko. Czym prędzej odwróciłam wzrok i porzuciłam wszelkie inne rozmyślania, na temat jego charakteru. Po prostu niebezpiecznie blisko byłam stwierdzenia, iż naprawdę mogłabym go polubić.
Na razie mieliśmy to szczęście, że na swojej drodze nie napotkaliśmy niemal żadnego strażnika. Również wcześniejszy towarzysz Rico, jeszcze nie podniósł alarmu, więc puki co, względnie byliśmy bezpieczni. Próbowałam, Bezskutecznie, a jakżeby inaczej, Zlokalizować mojego mentora za pomocą jego aury. Po którejś z rzędu nieudanej próbie wpadłam na pewien pomysł.
No bo dlaczego by nie?
-Luis...
-Mów mi Ralphie (czyt. Ralfi – Przyp. Autorki) – Wtrącił. Zamrugałam, momentalnie zbita z pantałyku. Przez chwilę, krótki moment przyszło mi do głowy że uwolniłam z niewoli nie tego kolesia.
-Dlaczego? - Spytałam tępo, na co on popatrzył na mnie jak na dziesięcioletnie dziecko.
-Bo mam tak na imię. Raphael - Odparł lecz widząc moje zdziwione spojrzenie wyjaśnił – Luis mam dopiero na drugie.
Aha – Pomyślałam z ulgą – To o czym ja....
-Okej Ralphie – Zaczęłam niepewnie. To imię w moich ustach brzmiało co najmniej śmiesznie. Jakbym zwracała się do psa. - Skup się proszę bo to bardzo ważne. Zamknij oczy – Urwałam rzucając mu wyczekujące spojrzenie. Posłusznie przymknął powieki, a jego długie ciemne rzęsy, rzuciły cienie na jego blade policzki. – Skoncentruj się, i powiedz mi czy wyczuwasz gdzieś w pobliżu czyjąś aurę – Zacięłam się na chwilę. Jak u diabła miałam wytłumaczyć istotę aury komuś kto nie miał o tym zielonego pojęcia? – Takie jakby wyładowania elektrostatyczne, jakby kula prądu i... No wiesz co. Z pewnością już coś takiego wyczuwałeś.
Zlękłam się momentalnie, że mimo moich szczerych chęci, Ralphie nie ma zielonego pojęcia o czym mówię, lecz nawet jeśli tak było, to siedział cicho i starał się pomóc. Po jakiś dwudziestu piekielnie długich sekundach otworzył oczy.
-Wydaje mi się, że ten twój mentor – Słowa „ten twój mentor” powiedział niemal prześmiewczym tonem. Zrobiłam urażoną minę. - Jest gdzieś na górze.
O nie! Czyżby już zapadł zmrok? Przerażona myślą że może już być za późno rzuciłam się biegiem przed siebie i dopiero po paru krokach zatrzymałam się by spojrzeć na mojego towarzysza.
-Prowadź. - Nakazałam nie znoszącym sprzeciwu tonem głosu.
* * *
-Masz ostatnią szansę czarnoksiężniku! Przyznaj się kim jesteś. - Wycedził posiwiały fanatyk religijny ubrany w szaty liturgiczne. Byłam wręcz porażona iż ktoś taki jak ksiądz, może brać udział w masowym mordowaniu niewinnych istot, bądź co bądź z pewnością zdarzało im się omyłkowo postawić na stosie zwykłego śmiertelnika, a wtedy koniec, nieszczęśnik umierał w męczarniach.
Przepychaliśmy się z Ralphem przez tłum ludzi. Okej, śmiało mogłam powiedzieć że to co tu zastałam nie pasowało do moich wyobrażeń o „współczesnym” przesłuchiwaniu czarownic. Przypominało mi bardziej średniowieczne zgromadzenie wieśniaków, powołane zresztą z grubsza w tym samym celu, a ludziom wokoło, do pełnego imagu brakowało jedynie wideł w ręce i pochodni. Nawet ta sterylnie czysta, wodząca na myśl instytut badań naukowych, sala, przyozdobiona była świecami. Zadbali o szczegóły – Pomyślałam po raz kolejny dzisiaj, wciąż jednak przerażona myślą, że tyle zwykłych ludzi, takich jak ja może brać udział w czymś tak okrutnym. Łatwo mogliśmy jednak wmieszać się w tłum, więc miało to swoje plusy.
Gdy w końcu udało nam się przepchać na sam jego początek, myślałam że serce mi stanie ze strachu.
Gabriel stał na pokaźnym piedestale, otoczony stertą chrustu i węgla. Całą siłą woli zdusiłam w sobie, tę dziecinną chęć by podbiec do niego, zamknąć w swoich ramionach i trajkotać o tym jak bardzo się cieszę że nic mu nie jest. No prawie nic. Jego twarz pokrywały jaskrawo pomarańczowe plamy i wydawał się bardzo osłabiony. Wciąż jednak miał dość siły by rzucić księdzu-sadyście wyniosłe, lekceważące spojrzenie.
Jeden z rosłych goryli podszedł do niego i uwolnił z więzów, jedną jego dłoń. Ta banda kutasów znała się na rzeczy. Jedną dłonią mógłby zatrzymać płomienie, jednak nic bardziej szkodliwego, ludziom wokół nie byłby w stanie wyrządzić. Cóż. On nie. Ja jednak byłam wściekła jak diabli i w duszy poprzysięgłam zamienić wszystkich w tej sali w obślizgłe karaluchy. Z rozkoszą bym je potem zdeptała. Musiałam mieć tę myśl wręcz wymalowaną na twarzy bo Ralphie pochylił się w moją stronę i szepnął.
-To by było zbyt proste.
Przewróciłam oczami zahaczając wzrokiem o wielkie okno w suficie.
Cóż, miał rację, musiałam wykazać się większą inwencją twórczą, jeśli chciałam zapewnić nam jakiekolwiek szanse. Minusem mojego słabego poziomu magicznego wtajemniczenia, było to iż nie byłam w stanie rzucić zaklęcia na więcej niż dwie osoby jednocześnie. Ktoś na pewno zdążyłby podnieść alarm, i nie mielibyśmy szans w starciu z chordą uzbrojonych strażników jaka wtedy by tu wparowała. Nie. Musieliśmy to zrobić inaczej. Nawet już miałam pomysł jak.
-Ufasz mi? - szepnęłam w stronę Rlphiego, na co on w odpowiedzi pokiwał głową. W jego oczach dostrzegałam milczące wyzwanie.
Z całej siły wypchnęłam go przed tłum.
-To czarodziej! - Wykrzyknęłam – Próbował rzucić na mnie zaklęcie!
* * *
W mgnieniu oka Ralphiego otoczyła większość goryli z bronią i zawiązali mu ręce. Korzystając z zamieszania, powoli, dyskretnie, zaczęłam przesuwać palcami obydwu rąk w powietrzu tak, by poluzować uścisk lin na drugiej dłoni Gabriela. Ten węzeł połączony był z pętlą na jego szyi, gdyby zaczął się szarpać, udusiłby się. On podłapał moje spojrzenie i posłusznie stał w bezruchu.
Tylko z jego pomocom, mój plan miał szansę by się udać.
Gdy już zawiązano Ralpiego i postawiono na tym prowizorycznym stosie tuż koło Gabriela, powoli zaczęłam przygotowywać się na to co miało nastąpić.
Któryś z ludzi z pochodnią w ręku (A jednak!) podszedł do drewna. Zwykła skórka od banana, którą tam przemieściłam. Żadnych alpejskich kombinacji.
Gość runął na ziemię podpalając wyciek benzyny. Połowa pomieszczenia momentalnie stanęła w ogniu.
W dzikiej panice, wszyscy rzucili się do wyjścia, włącznie ze strażnikami i pożal się boże duchownym, jego wyłapałam od razu, i bez certolenia się z miejsca zmieniłam go w ropuchę. Zasługiwał na to – Pomyślałam z dziką satysfakcją. A chwilę potem następnym zaklęciem roztrzaskałam okno w suficie.
Wtedy silny przepływ mocy wzniósł mnie w górę, wysoko ponad chmurę gryzącego dymu i płomieni. Wszyscy troje znaleźliśmy się na dachu kamienicy obok zajmującego się ogniem budynku.
* * *
Na razie to co napisałam może wam się wydać takie... No ni z gruchy ni z pietruchy, i możecie puki co mało z tego rozumieć. Bądźcie jednak cierpliwi, dajcie mi się rozkręcić, a nie pożałujecie ;)